Żołnierz królowej Madagaskaru
1939 rok
31 grudnia 1940 roku
komedia
pełnometrażowy
zaginiony
Jerzy Zarzycki
M. Pietraszek (Julian Tuwim)
„Żołnierz królowej Madagaskaru” Stanisława Dobrzańskiego
Julian Tuwim
Stanisław Wohl, Adolf Forbert
Jacek Rotmil, Czesław Piaskowski
Roman Palester
Eugeniusz Koszutski
Jan Marcin Szancer
Zbigniew Czajkowski
Falanga
Baltic-Film
Do Warszawy przybywa nieśmiały, wiekowy radomski mecenas Saturnin Mazurkiewicz, aby starać się o rękę panny Sabiny. Jest ona wychowanicą państwa Mąckich i kocha się skrycie w ich synu Władziu. Władzio Mącki jest z kolei zauroczony aktorką kabaretową Kamillą i nie zwraca uwagi na skromną panienkę. Mazurkiewicz na prośbę państwa Mąckich udaje się do uwodzicielki, aby wyrwać Władzia z jej uwodzicielskich ramion, ale sam ulega jej czarowi, wplątując się w serię nieprawdopodobnych awantur.
Artykuły powiązane
Michał Znicz (Saturnin Mazurkiewicz)
Ludwik Sempoliński
Lena Żelichowska (Kamilla)
Karin Tiché (Sabina)
Zbigniew Rakowiecki (Władzio Mącki)
Mieczysława Ćwiklińska
Józef Węgrzyn
Janina Sokołowska
Helena Gruszecka
Stanisław Grolicki
Film zaginął, choć był jeszcze wyświetlany w czerwcu 1945 roku w Łodzi i prawdopodobnie jeszcze w 1946 roku. Podejrzewa się, że jedyna kopia spłonęła lub z powodu nadmiernego zużycia w trakcie powojennych projekcji taśma została tak zniszczona, że nie nadawała się już do pokazywania i została wyrzucona.
Ludwik Sempoliński wspominał: „Film ten nie był przed wojną wyświetlany, a wkrótce po wojnie na skutek nieszczęśliwego wypadku spłonął.” (Stefania Beylin, Na taśmie wspomnień, Warszawa 1962, s. 28).
W 1958 roku została zrealizowana kolejna wersja tego wodewilu, przez tego samego reżysera, Jerzego Zarzyckiego, ale już z inną obsadą.
Jedną z najpopularniejszych fars polskich sprzed lat kilkudziesięciu jest farsetka Dobrzańskiego Żołnierz królowej Madagaskaru, przedstawiająca przygody małomiejskiego adwokata z Radomia Saturnina Mazurkiewicza na stołecznym bruku Warszawy. Pan Saturnin, wcielenie cnót i moralności, wpadł w tzw. szpony gwiazdy ogródkowej Kamili i stracił głowę. Przygody jego są fundamentem filmu.
Reżyser filmu Zarzycki, należący do naszej awangardy, ujął Żołnierza królowej Madagaskaru w formie groteskowo-satyrycznej, unikając zbytniego, zbędnego naśmiewania się, czy naigrawania z tępoty, głupoty i śmiesznostek mieszczańskiego światka sprzed lat kilkudziesięciu.
Film opracowany bardzo inteligentnie, oparty został w metodzie pracy i o Rene Claire'a i Sachę Guitry. Niezwykle cenną jego pozycją jest strona muzyczna, opracowana przez kompozytora Palestra oraz dobre literackie teksty piosenek.
Jeżeli chodzi o opracowanie fabuły, to pewne zarzuty można by tylko postawić finałowi. Ma się wrażenie, że reżyserowi zabrakło na ostatnie metry taśmy inwencji i dowcipu, wskutek czego powstaje u widza poczucie pewnego niedosytu i chaosu.
Film, nakręcony bezpośrednio przed wojną, znalazł doskonałych wykonawców. Dyskretny, utrzymany w karbach komizm Znicza jako Mazurkiewicza, zasługuje na najwyższe pochwały. Żelechowska jest specjalistką od ról wampów, pochodzenia powiślańskiego. Nic dziwnego, że dała sylwetkę Kamilli arcyświetną. Debiutantka w filmie Tiché, aktorka o dużym talencie, ma dla Żołnierza może za dużo w swej grze treści wewnętrznej, za dużo pogłębienia i podświadomej melancholii. Kapitalny jak zawsze w rolach Don Juana a la Kostrzewski Sempoliński.
Cały obraz niezależnie od niedociągnięć fabularnych jest niezawodnie pozycją w polskim dorobku filmowym dodatnią. Reżyser złożył nam dowód, że nie należy do kliki, której hasłem była łatwa, tania, ordynarna szmira, grająca na najniższych instynktach. Z błahego, oklepanego tematu potrafił dyskretnie i z kulturą wydobyć śmieszność, ani razu nie wpadając w chamstwo czy trywialność.
Jacek, „Dziennik Polski” 1945, nr 1 (4 lutego)
[Not a valid template][Not a valid template][Not a valid template][Not a valid template]
W atelier na Trębackiej - młodość szumi całą parą. Odgłosy tych poszumów po przez otwarte na oścież wrota studia filmowego dochodzą aż na ulicę.
Jak to? Zdjęcia dźwiękowe, wymagające absolutnej ciszy, odbywają się przy otwartym atelier? Czyżby nieostrożność, albo niedbalstwo? Coś tu jest nie w porządku. A zdjęcia są na pewno dźwiękowe, bo najwyraźniej słychać duet świeżych głosów na tle melodyjnego walczyka.
Takie pytania zadawałem sobie, przestępując wrota filmowego sezamu. Tu dopiero zagadka się wyjaśniła.
Zdjęcia wykonywane są za pomocą tzw. play-backu. Rzecz polega na tym, że całą wersję dźwiękową danej sceny - w tym wypadku duet pary zakochanych - nagrano wcześniej osobno na taśmie dźwiękowej. Teraz właśnie uzupełnia się dźwięk obrazem, zdejmowanym „na niemo”, ale z zachowaniem niezbędnej synchronizacji, tzn. przystosowania poruszeń ust aktorów do słów naśpiewanej uprzednio piosenki. Robi się to wszystko po to, aby pokonać szalone trudności, jakie nastręczałoby robienie zdjęć dźwiękowych bezpośrednio w czasie wykonywania odpowiednich ewolucji przez aktorów - a więc, np. w czasie tańca.
Spójrzmy, jak to wygląda w praktyce.
W niewielkim saloniku, urządzonym z przedwojennym szykiem, młoda para śpiewa w takt walca. Oczywiście - śpiewają o miłości. Amantem jest Zbigniew Rakowiecki.
Jego partnerką - Karin Tiché. On - w kraciastym garniturze, fason ok. 1900, z przedziałkiem na głowie. Ona - w wytwornej długiej sukni, sięgającej do ziemi, z gracją obnosi piękną figurę, ozdobioną kolorową wstążką. Tańczą.
Do tańca przygrywa i przyśpiewuje głośnik zawieszony w górze opodal. Głośnik nadaje muzykę pod dyrekcją Romana Palestra i śpiewa głosem Rakowieckiego i jego partnerki. Aktorzy, tańcząc, poruszają tylko ustami, ale tak, aby słowa nadawane przez głośnik jak najdokładniej pasowały do poruszeń warg. Oczywiście, tak wykonywane zdjęcia nie wymagają żadnych ostrożności, związanych z nagrywaniem zwykłych zdjęć dźwiękowych.
Cała uwaga aktorów i reżysera skupiona jest na tym, by uzyskać możliwie idealną synchronizację między dźwiękiem a obrazem. Dlatego też głośnik powtarza w kółko, kawałek za kawałkiem daną melodię, a aktorzy ćwiczą, ćwiczą, ćwiczą, aż do skutku...
To też reżyser Jerzy Zarzycki, którego pamiętamy jako współrealizatora ciekawego filmu Ludzie Wisły - jest ze swej ekipy aktorskiej bardzo zadowolony.
Czołową rolę kreuje Michał Znicz, który po ostatniej chorobie powrócił już całkowicie do zdrowia i od kilku dni wytrwale „stoi na planie”. Wdzięcznym nabytkiem jest młoda aktorka Karin Tiché, która otrzymała dość dużą rolę. Poza tym - ze starszego pokolenia: Józef Węgrzyn, który ostatnio przerzucił się całkowicie do ról komediowych. Dalej: Lena Żelichowska, niezawodny Ludwik Sempoliński, Sokołowska, Rakowiecki - uzupełniają skład obsady naszego filmu. Zespół jest starannie dobrany - atmosfera w czasie pracy atelierowej jest wyjątkowo przyjemna i twórcza. Zresztą - niech pan sam zobaczy...
I naprawdę - nie wiem, czy to działa tak muzyka, czy też „młodość ustokrotniona”, która gra tutaj po prostu siebie - dość, że człowiek czuje się w tym cygańskim towarzystwie doskonale. Jedni roztańczeni, drudzy rozśpiewani - radość powszechna, począwszy od mistrza reżysera, aż do elektro-mechanika, skrytego w górze w cieniu olbrzymich lamp. Gdzie się podziała ta nerwowa gorączkowość pracy, jaką zawsze spotykaliśmy w naszych atelier?
Mistrz Koszutski, który - jak głosi fama - ma ponoć 200 lat, z wdziękiem i sprężystością 16-letniej baletnicy wykonywa zawrotne piruety, czuwając nad ewolucjami tanecznymi filmu. A jest ich sporo i wszystkie muszą być utrzymane w stylu swej „epoki”. Świetny baletmistrz ma tu pełne ręce roboty i to niezwykle odpowiedzialnej, bo wszystkie te szczegóły choreograficzne decydują w dużej mierze o stylu całego widowiska.
Filarem filmu jest oczywiście świetny aktor Ludwik Sempoliński, którego genre komediowy znalazł tu niezwykle szerokie pole do popisu.
Kilka dni temu wyczyniał cuda na staromodnym welocypedzie, rozbijając się nim po staromodnych salonach. Skończyło się na tym, że na jakimś nieszczęśliwym wirażu ogromne koło machiny nagle zarzuciło i sympatyczny aktor, wykonawszy zawrotne salto, znalazł się raptem na podłodze. Towarzystwo wytwornych dam, zgromadzonych w salonie, nie zwróciło na to najmniejszej uwagi, (bo tak nakazywał scenariusz), a tymczasem Sempoliński zwichnął sobie nogę - na szczęście bardzo lekko. Różnie bywa...
Teraz pan Ludwik w pełnym rynsztunku charakteryzacyjnym odpoczywa opodal planu, czekając na serię zdjęć, w których za chwilę ma wziąć udział.
A tymczasem młodzieńczy duet dalej powtarza bezgłośnie w takt tonów, płynących z megafonu, słowa piosenki: „Kochać się i miłować, pieścić się i całować - znaleźć się wśród tysięcy...”.
Aparat, kierowany sprawną ręką operatora, Stanisława Wohla, podjechał do rozśpiewanej pary, filmując jakieś zbliżenie pani Tiché. Trzeba przyznać, że młoda aktorka, jako gwiazda filmowa prezentuje się doskonale. Dobra aparycja, świeża uroda, ujmujący wdzięk, duże wyrobienie aktorskie - zdają się wróżyć p. Tiché świetną przyszłość filmową. Nie wątpię, że sąd publiczności kinowej pokryje się tu całkowicie z moim zdaniem. A więc - do zobaczenia na premierze!
Z żalem opuszczam ten radosny warsztat pracy filmowej, na którym rzetelny wysiłek połączony z artystyczną twórczością splata się w akord wytężonej pracy. Awangarda, której czołowymi przedstawicielami są właśnie Jerzy Zarzycki i Stanisław Wohl, przeszedłszy okres twórczych eksperymentów wąskiego metrażu, zabrała się dzielnie do poważnej pracy. Możliwe, że właśnie ona wywalczy to artystyczne „lepsze jutro” filmu polskiego.
Na ulicy dolatują mnie jeszcze słowa melodyjnego walczyka: „...rankiem spotkać się - nocą rozstać się, i odwrotnie, ach odwrotnie...”. Rozkoszna muzyka wymyka się gamą rozkołysanych dźwięków przez rozwarte na oścież wrota atelier filmowego.
Czerwona lampka z napisem: „Cisza! Zdjęcie dźwiękowe!” - dzisiaj nie jest czynna.
Z.P., Młodość śpiewa w walca takt…, „Aktualności” 1939, nr 5–6, s. 17
Do wykończonych właśnie filmów, które niebawem ukażą się na ekranach filmowych, należy m.in. film Żołnierz królowej Madagaskaru, komedia muzyczna, nakręcona na podstawie farsy Stanisława Dobrzańskiego. Film ten przynosi nie tylko interesująca niezwykle akcję, ale także wyróżnia się bogactwem melodii. Reżyserami tego filmu byli: Jerzy Zarzycki, Wanda Jakubowska i Karol Szołowski[1]. Część muzyczną, na którą w tym filmie położono specjalny nacisk, opracował Roman Palester. Film został sporządzony w atelier i laboratorium Falanga. W głównych rolach tego filmu zobaczymy Lenę Żelichowską, Karin Tiché, Zbigniewa Rakowieckiego i Ludwika Sempolińskiego. Film ten już od dzisiaj jest wyświetlany przez kino Wanda w Krakowie.
„Gazeta Ilustrowana” 1941, nr 2 (54), s. 3 (12 stycznia)
[1] Autor notki pomylił się i połączył reżyserów dwóch filmów: Żołnierza królowej Madagaskaru i Nad Niemnem.
Żołnierz królowej Madagaskaru znalazł się wśród tych polskich filmów, które Niemcy w latach okupacji dopuścili do rozpowszechniania. Jerzy Zarzycki w premierze filmu jednak nie uczestniczył; był wszak członkiem zbrojnego podziemia i jednym z tych, którzy nawoływali do bojkotowania kin. Jak jednak nie obejrzeć swego własnego, debiutanckiego dzieła? Stanął przed nie lada dylematem moralnym... Wspominał po latach Jarosław Iwaszkiewicz na łamach „Życia Warszawy” ów ważny epizod z życia reżysera: „trudno nam było (zwłaszcza Jerzemu) wyrzec się zobaczenia swego pierwszego filmu pełnometrażowego. Toteż urządziliśmy sobie tajną wyprawę do Żyrardowa i tam, niespostrzeżeni przez nikogo z ostatniego rzędu balkonu, obejrzeliśmy tego Żołnierza, po czym cichcem wróciliśmy do Brwinowa”.
Mirosław Derecki, Ekran i widz: kawałek życia reżysera, ”Kamena" 1983, nr 2, s. 13


